Prowokator:
Aster: Dżuma zamiast cholery
MediaFM.net :: prowokator
Dziennikarze powinni sobie obowiązkowo poczytać Slavoja Żiżka, którego kolejne dwie książki niedawno ukazały się po polsku. Ha!art wydał książkę „Rewolucja u bram. Pisma Lenina z roku 1917” jako pozycję otwierającą serię „Krytyki Politycznej”, a wydawnictwo Branta znacznie krótszą książkę „Kukła i karzeł. Perwersyjny rdzeń chrześcijaństwa”. Żiżek, psychoanalityk-lacanista, marksista, teoretyk kultury, kto wie, czy nie największy żyjący filozof, prowokuje i wytrąca z równowagi nadzwyczajnymi i nadzwyczajnie trafnymi, choć niespodziewanymi interpretacjami powszechnie znanych zjawisk, procesów społecznych i tekstów kultury. Jako lektura obowiązkowa dziennikarzy mógłby ich wytrząsnąć z intelektualnego marazmu i łatwizny, na którą idą, serwując jeden bezmyślny komunał za drugim.
„Rewolucja u bram” podaje się swoim skromnym tytułem jedynie za wybór tekstów przywódcy Rewolucji Październikowej opatrzonych jedynie wstępem i posłowiem Żiżka, jest jednak czymś znacznie więcej. Dość powiedzieć, że to posłowie razem z wstępem zajmuje większą część książki. Żiżek przywraca tu jako poważną propozycję teoretyczną i praktyczną (polityczną) pisma z okresu stawania się Rewolucji autorstwa filozofa-polityka, który został przedmiotem zbiorowego wyparcia w nieświadomość przez współczesne społeczeństwa.
„Kukła i karzeł” to książka, która prowadząc nieprawdopodobnie błyskotliwy wywód odwołujący się na raz do świętego Pawła, Lenina, Lacana, Che Guevary, jajka Kinder Niespodzianka, tego, że dziecko nie chce się rozstać ze swoją kupą, książek Edith Wharton i Hanifa Kureishi, filmu Kieślowskiego, itd., dowodzi, że prawdziwą istotą chrześcijaństwa jest jego perwersyjny rdzeń materialistyczny.
Jeżeli jedynym, co Bóg mógł zrobić ze stworzonym przez siebie światem, jest rzucić się weń jako jeden z ludzi, to znaczy to, że wielki Inny jest ostatecznie Tym Samym, tym samym, co ja, człowiekiem. Jeżeli judaizm mógł przetrwać wszystkie przeszkody, utratę terytorium, rozproszenie, wszystkich wrogów, których miał przez tysiąclecia, to tylko dzięki temu, że zespalała go jakaś wielka Tajemnica, jakiś Sekret, który wszyscy Żydzi mieli gdzieś głęboko z tyłu głowy, ale nigdy go nie wypowiadali; którego judaizm jako całość nigdy nie wypowiadał. Tym Sekretem jest bezsilność Boga. Kluczową różnicą, kluczowym zerwaniem między chrześcijaństwem a judaizmem jest więc w takim razie to, że chrześcijaństwo ten Sekret wypowiada na głos. Gdy Chrystus krzyczy na krzyżu „Ojcze, dlaczegoś mnie opuścił?”, oznacza to, że Bóg opuścił Siebie Samego – tak bardzo jest bezsilny. W ten sposób Chrystus staje pierwszym podmiotem, o którym okazuje się, że „tak naprawdę NIE wierzy”. Jeżeli chrześcijaństwo chce obronić swoją istotę, chce wyciągnąć prawdziwe konsekwencje z siebie samego, musi porzucić swoją instytucjonalną skorupę (kościoły), a także całą otoczkę tzw. przeżycia religijnego, bo jego sednem jest wypowiedzenie na głos Tajemnicy, że Bóg, „ostateczny wielki Inny”, jest bezsilny. Że On nie istnieje. A Duch Święty to społeczność, która pogodziła się z nieistnieniem wielkiego Innego, przyjęła na siebie wszelką odpowiedzialność, bez zrzucania jej na owego Innego. Dlatego spełnione chrześcijaństwo jest ateistyczne i materialistyczne. A Chrystus to rodzaj starożytnego Che Guevary, który w gwałtownym akcie zerwania (wynikającym z miłości do wszystkich ludzi) uwalnia wielki potencjał rewolucyjny czyli wolnościowy.
Powyższego akapitu nie należy jednak traktować jako streszczenia książki, bo jej streszczenie jest po prostu niemożliwe. Zacząłem czytać o godzinie dziewiętnastej i czytałem do szóstej rano.
Obowiązkową lekturą polskich filmowców powinny za to stać się filmy Induski Deepy Mehty, zwłaszcza trzy filmy z żywiołami w tytule: „Fire”, „Earth” i „Water”. Ten ostatni jest właśnie nominowany do Oscara za najlepszy film obcojęzyczny. Czy go dostanie, przekonamy się pod koniec lutego.
Widok jej filmów musiałby stanowić dla polskich filmowców straszliwy szok. Oto okazuje się, że są na świecie filmowcy odważni. Którzy zamiast przylizywać się władzy, co należy obecnie do ulubionych zajęć polskiej filmowej hołoty, mają czelność jątrzyć i kwestionować status quo, stawiać pytania i wymagania. „Fire” to film o głębokiej seksualnej więzi, jaka się rodzi między dwiema indyjskimi kobietami. Obydwie są zamężne – każda w swoim małżeństwie głęboko nieszczęśliwa i niewiele znacząca w życiu męża, którego poślubiła z nakazu rodziny. „Earth” to film o przerażających społecznych konsekwencjach rozpadu kraju na Indie i Pakistan, o prześladowaniach indyjskich muzułmanów. „Water” to film o siedmioletniej wdowie (sic!) zamkniętej w Domu Wdów, skazanej przez tradycję na życie tam już do śmierci, bez prawa do szczęścia. I o innych wdowach, które Dom zamieszkują, ofiarach bezlitosnego wykluczenia. To film o tym, że tradycja zadaje gwałt człowiekowi. O tym, że Tradycji na drugie Hipokryzja, a na trzecie Przemoc. „Water” to film wybitny. W prostej historii łączący tak wiele problemów i stawiający je wszystkie na ostrzu noża, że to aż niesłychane. W Indiach filmy Mehty wywołują zamieszki.
Żaden obecnie polski filmowiec (z tych należących do kliki mającej dostęp do koryta, a więc mających w ogóle możliwość robienia filmów) nie odważyłby się zrealizować filmu tego rodzaju. Żaden z tych intelektualnych niedołęg nie potrafiłby wpaść nawet na taki pomysł. A to właśnie za takie filmy dostaje się nie tylko nominacje do Oscara, ale i własne miejsce w historii kina światowego. Nie filmami na zamówienie prawicowego rządu.
04.02.07, 22:48
Zobacz także: Film, Istnienie, Kobieta, Tul, Dziecko, Filmy, DZIENNIK, ZPR, One,
Lektury obowiązkowe
Jarosław Pietrzak
Są w Polsce dwa środowiska „twórcze”, którym szczególnie doskwiera intelektualny uwiąd. Pojawienie się w polskim folklorze powiedzeń „głupi jak (polski) dziennikarz” i „bezmyślny jak (polski) filmowiec” jest tylko kwestią czasu. Nikt nie jest jednak całkowicie skazany na swoje przyrodzone intelektualne możliwości. Można je poszerzać, a najlepszym na to sposobem jest ożywiająca rozleniwione szare komórki lektura.
Dziennikarze powinni sobie obowiązkowo poczytać Slavoja Żiżka, którego kolejne dwie książki niedawno ukazały się po polsku. Ha!art wydał książkę „Rewolucja u bram. Pisma Lenina z roku 1917” jako pozycję otwierającą serię „Krytyki Politycznej”, a wydawnictwo Branta znacznie krótszą książkę „Kukła i karzeł. Perwersyjny rdzeń chrześcijaństwa”. Żiżek, psychoanalityk-lacanista, marksista, teoretyk kultury, kto wie, czy nie największy żyjący filozof, prowokuje i wytrąca z równowagi nadzwyczajnymi i nadzwyczajnie trafnymi, choć niespodziewanymi interpretacjami powszechnie znanych zjawisk, procesów społecznych i tekstów kultury. Jako lektura obowiązkowa dziennikarzy mógłby ich wytrząsnąć z intelektualnego marazmu i łatwizny, na którą idą, serwując jeden bezmyślny komunał za drugim.
„Rewolucja u bram” podaje się swoim skromnym tytułem jedynie za wybór tekstów przywódcy Rewolucji Październikowej opatrzonych jedynie wstępem i posłowiem Żiżka, jest jednak czymś znacznie więcej. Dość powiedzieć, że to posłowie razem z wstępem zajmuje większą część książki. Żiżek przywraca tu jako poważną propozycję teoretyczną i praktyczną (polityczną) pisma z okresu stawania się Rewolucji autorstwa filozofa-polityka, który został przedmiotem zbiorowego wyparcia w nieświadomość przez współczesne społeczeństwa.
„Kukła i karzeł” to książka, która prowadząc nieprawdopodobnie błyskotliwy wywód odwołujący się na raz do świętego Pawła, Lenina, Lacana, Che Guevary, jajka Kinder Niespodzianka, tego, że dziecko nie chce się rozstać ze swoją kupą, książek Edith Wharton i Hanifa Kureishi, filmu Kieślowskiego, itd., dowodzi, że prawdziwą istotą chrześcijaństwa jest jego perwersyjny rdzeń materialistyczny.
Jeżeli jedynym, co Bóg mógł zrobić ze stworzonym przez siebie światem, jest rzucić się weń jako jeden z ludzi, to znaczy to, że wielki Inny jest ostatecznie Tym Samym, tym samym, co ja, człowiekiem. Jeżeli judaizm mógł przetrwać wszystkie przeszkody, utratę terytorium, rozproszenie, wszystkich wrogów, których miał przez tysiąclecia, to tylko dzięki temu, że zespalała go jakaś wielka Tajemnica, jakiś Sekret, który wszyscy Żydzi mieli gdzieś głęboko z tyłu głowy, ale nigdy go nie wypowiadali; którego judaizm jako całość nigdy nie wypowiadał. Tym Sekretem jest bezsilność Boga. Kluczową różnicą, kluczowym zerwaniem między chrześcijaństwem a judaizmem jest więc w takim razie to, że chrześcijaństwo ten Sekret wypowiada na głos. Gdy Chrystus krzyczy na krzyżu „Ojcze, dlaczegoś mnie opuścił?”, oznacza to, że Bóg opuścił Siebie Samego – tak bardzo jest bezsilny. W ten sposób Chrystus staje pierwszym podmiotem, o którym okazuje się, że „tak naprawdę NIE wierzy”. Jeżeli chrześcijaństwo chce obronić swoją istotę, chce wyciągnąć prawdziwe konsekwencje z siebie samego, musi porzucić swoją instytucjonalną skorupę (kościoły), a także całą otoczkę tzw. przeżycia religijnego, bo jego sednem jest wypowiedzenie na głos Tajemnicy, że Bóg, „ostateczny wielki Inny”, jest bezsilny. Że On nie istnieje. A Duch Święty to społeczność, która pogodziła się z nieistnieniem wielkiego Innego, przyjęła na siebie wszelką odpowiedzialność, bez zrzucania jej na owego Innego. Dlatego spełnione chrześcijaństwo jest ateistyczne i materialistyczne. A Chrystus to rodzaj starożytnego Che Guevary, który w gwałtownym akcie zerwania (wynikającym z miłości do wszystkich ludzi) uwalnia wielki potencjał rewolucyjny czyli wolnościowy.
Powyższego akapitu nie należy jednak traktować jako streszczenia książki, bo jej streszczenie jest po prostu niemożliwe. Zacząłem czytać o godzinie dziewiętnastej i czytałem do szóstej rano.
Obowiązkową lekturą polskich filmowców powinny za to stać się filmy Induski Deepy Mehty, zwłaszcza trzy filmy z żywiołami w tytule: „Fire”, „Earth” i „Water”. Ten ostatni jest właśnie nominowany do Oscara za najlepszy film obcojęzyczny. Czy go dostanie, przekonamy się pod koniec lutego.
Widok jej filmów musiałby stanowić dla polskich filmowców straszliwy szok. Oto okazuje się, że są na świecie filmowcy odważni. Którzy zamiast przylizywać się władzy, co należy obecnie do ulubionych zajęć polskiej filmowej hołoty, mają czelność jątrzyć i kwestionować status quo, stawiać pytania i wymagania. „Fire” to film o głębokiej seksualnej więzi, jaka się rodzi między dwiema indyjskimi kobietami. Obydwie są zamężne – każda w swoim małżeństwie głęboko nieszczęśliwa i niewiele znacząca w życiu męża, którego poślubiła z nakazu rodziny. „Earth” to film o przerażających społecznych konsekwencjach rozpadu kraju na Indie i Pakistan, o prześladowaniach indyjskich muzułmanów. „Water” to film o siedmioletniej wdowie (sic!) zamkniętej w Domu Wdów, skazanej przez tradycję na życie tam już do śmierci, bez prawa do szczęścia. I o innych wdowach, które Dom zamieszkują, ofiarach bezlitosnego wykluczenia. To film o tym, że tradycja zadaje gwałt człowiekowi. O tym, że Tradycji na drugie Hipokryzja, a na trzecie Przemoc. „Water” to film wybitny. W prostej historii łączący tak wiele problemów i stawiający je wszystkie na ostrzu noża, że to aż niesłychane. W Indiach filmy Mehty wywołują zamieszki.
Żaden obecnie polski filmowiec (z tych należących do kliki mającej dostęp do koryta, a więc mających w ogóle możliwość robienia filmów) nie odważyłby się zrealizować filmu tego rodzaju. Żaden z tych intelektualnych niedołęg nie potrafiłby wpaść nawet na taki pomysł. A to właśnie za takie filmy dostaje się nie tylko nominacje do Oscara, ale i własne miejsce w historii kina światowego. Nie filmami na zamówienie prawicowego rządu.
04.02.07, 22:48
Zobacz także: Film, Istnienie, Kobieta, Tul, Dziecko, Filmy, DZIENNIK, ZPR, One,
Tygodnik Medialny
numer 396 (08.05.2008)
numer 395 (01.05.2008)
numer 394 (24.04.2008)
numer 395 (01.05.2008)
numer 394 (24.04.2008)
Subskrybuj Tygodnik Medialny portalu MediaFM.net
MediaFM.net: dziennikarz
Domeny.pl: Programista aplikacji internetowych
Domeny.pl: Specjalista ds. Marketingu i Public Relations
Domeny.pl: Programista aplikacji internetowych
Domeny.pl: Specjalista ds. Marketingu i Public Relations
Patronujemy:
Bilans tygodnia








