Aster: Dżuma zamiast cholery
Aster: Dżuma zamiast cholery

Każdy, kto korzystał kiedyś z Neostrady, chciałby zastąpić ją czymkolwiek innym. Kiedy na Śląsku (dla purystów tak naprawdę na Zagłębiu) miałem tę wątpliwą przyjemność, awarie, rozłączenia, problemy z połączeniem się z Internetem były na porządku dziennym, komputer był wydany na pastwę wirusów i robaków wielokrotnie bardziej niż w przypadku wielu osiedlowych czy dzielnicowych dostawców, którzy przynajmniej czynili starania, by ryzyko tego rodzaju minimalizować. Każdy, kto miał do czynienia z Neostradą Telekomunikacji Polskiej, spotkał się też z konsekwencjami dopisanych gdzieś pod koniec umowy paragrafów, że jeżeli jej zawczasu nie rozwiąże lub nie przepisze na nowo, to ni stąd ni zowąd przeskoczy na dwu- czy więcej krotny abonament, bo nastąpi koniec promocji. Kto tego sam lub przez krewnych i znajomych nie przerabiał?
Kiedy zamieszkałem w zeszłym roku w Warszawie (przy rogu Górnośląskiej i Rozbrat), okazało się, że mam tam wybór jedynie między Neostradą a Aster. Aster Sp. z o.o. dostarcza usługi telekomunikacyjne w różnego rodzaju opcjach i pakietach w kilku miastach w Polsce. Po traumatycznych doświadczeniach z Neostradą, stwierdziłem, że Internetu potrzebuję chociażby do pracy i wszystko jest na pewno, siłą rzeczy, lepsze niż Neostrada. Aster oferował wtedy promocję, w której miesięcznie za łącze, które mi odpowiadało, płaciło się 118 zł. Mało to nie jest, Neostrada w tym samym czasie za podobną usługę brała mniej. Powiedziałem sobie jednak, że wolę płacić więcej, byle by to nie była Neostrada.
Z przyczyn zawodowych różnego rodzaju okazało się, że mieszkałem w Warszawie tylko kilka miesięcy, po upływie których musiałem się wynieść. Rozwiązałem umowę z Aster. Wtedy się zaczęło.
Oczywiście z promocji nie można było zrezygnować za wcześnie. Bo gdyby jednak - a ja to właśnie musiałem z przyczyn obiektywnych uczynić - to następowała cała lawina konsekwencji. Dostałem faktury za kilka następnych miesięcy i faktury korygujące usuwające wszystkie udzielone w ramach promocji rabaty i wyrównujące różnice. Owe 118 zł wynikało bowiem oczywiście z odjęcia „rabatów”, podstawowa cena w cenniku była oczywiście wyższa, zażądano ode mnie również wyrównania za podłączenie do usługi. W sumie prawie ośmiu stów. Nie dowiedziałem się jednak o tym od razu. Chociaż na piśmie i telefonicznie informowałem Aster kilkakrotnie, że zmieniłem adres i na Górnośląskiej już nie mieszkam, podając za każdym razem adres śląski pod którym jestem zameldowany, cała korespondencja w tej sprawie przechodziła z firmy Aster do mieszkania przy Górnośląskiej. Dręcząc tym Bogu ducha winną jego właścicielkę, jak również osobę, która wynajęła mieszkanie po mojej wyprowadzce. Pracownicy telefonicznego centrum obsługi klienta zapewniali mnie, że to chwilowy błąd w systemie, który właśnie usuwają lub przekazują komuś do usunięcia. Ten chwilowy błąd w systemie trwa jednak już pół roku.
Kiedy korespondencja do mnie w końcu zaczęła docierać (głównie dlatego, że właścicielka mieszkania mi ją przesyła, bo chwilowego błędu ciągle nie usunięto), zacząłem protestować, że to rozbój w biały dzień na prostej drodze. Napisałem do nich, że jeszcze połowę z tego to może byłbym gotów zapłacić, i to od razu, ale osiem stów to jakieś kompletne przegięcie. Odpowiedzieli, że nie widzą powodu, żeby skorygować swoje wyliczenie należności. Spółka Aster skierowała sprawę do firmy windykacyjnej Infos, która zaczęła do mnie wydzwaniać. Ale przynajmniej zaproponowała spłatę w ratach. Już prawie to dla świętego spokoju zaakceptowałem. Nawet wysłałem maila z prośbą o dane do przelewu do delikwenta z Infos, który mnie dręczył telefonami (za co roaming zapłacę przecież ja, bo jestem za granicą), gdy Aster przypomniała sobie nagle, że nie oddałem modemu, co ponoć powinienem był zrobić. Było to w połowie kwietnia 2008. Postawiono mi ultimatum, że jak nie oddam go w biurze firmy w Warszawie w ciągu dwóch tygodni, to zażądają ode mnie jeszcze 400 zł za modem. A byłem wtedy w Londynie. Wściekłem się i zrezygnowałem ze spłaty pierwszej raty uzgodnionej z kolesiem z Infos, bo coś mi to zaczęło pachnieć skarbonką bez dna, w której moja należność, nawet spłacana, będzie jedynie rosła, niczym zadłużenie Meksyku.
Zabawne jest w tym wszystkim nie tylko to, że nie słyszałem o innych dostawcach Internetu, którzy by żądali zwrotu modemu, ani by modem (o ile zakład, że wyprodukowany za grosze gdzieś na Dalekim Wschodzie?) wart był tyle pieniędzy.
Modem ów był od początku moim przekleństwem. Jego wtyczka zablokowała się w wejściu w moim laptopie. Trudno powiedzieć, co się stało (coś w niej chyba pękło i się zaparło?), ale mimo prób podejmowanych przez kilka osób, od tamtej pory wyciągnąć się jej nie udało. Wyprowadzałem się w pośpiechu i naprędce, nie miałem czasu umawiać się z żadnym technikiem z Aster, żeby odłączył mi ten szajs od komputera, wobec czego musiałem go odłączyć przemocą, tzn. odcinając kabel, po którym pamiątka w postaci wtyczki sterczy mi do dzisiaj, nieusuwalna, z tyłu laptopa i towarzyszy w rozjazdach między Francją a Londynem.
Dzisiaj mam, z odsetkami, już chyba ponad 1200 zł rzekomego długu, korespondencja w jego sprawie dochodzi ciągle (także od firmy windykacyjnej) do mieszkania przy Górnośląskiej, roznosząc jakże mile przeze mnie widziane, i w jakże korzystnym świetle przedstawiane, objęte przecież ochroną ustawy o ochronie danych osobowych, informacje o mnie do kompletnie obcych mi ludzi… Jeżeli będziesz miał, kiedyś, drogi Czytelniku, wybór tylko między Aster a Neostradą, wiedz, że to wybór między dżumą a cholerą i lepiej chodź po prostu codziennie do kafejki internetowej. Drożej na pewno nie wyjdzie.
06.05.08, 22:21
numer 395 (01.05.2008)
numer 394 (24.04.2008)
Domeny.pl: Programista aplikacji internetowych
Domeny.pl: Specjalista ds. Marketingu i Public Relations








