MediaFM.net :: prowokator

O wyższości świąt bieżących nad zimowymi


Tomek Dzik

Tegoroczne Święta Wielkiej Nocy przypominają bardziej Boże Narodzenie. Mimo zimnego wiatru, tu i ówdzie zawiewającego śniegu i braku nadziei na wiosenne ciepło i rozwijającą się zieleń roślinności, muszę jednak zaznaczyć wielkość nadchodzących świąt i przewagę jajeczka nad choineczką. Nie mówię tu jednak o katolickiej hierarchii kalendarza liturgicznego, ale o otoczce, również medialnej, obu świąt.
Wydaje się, że Boże Narodzenie od kilku lat traci - jeśli już nie straciło – na odświętności, wyjątkowości i swoistej magii. Już od listopada, tuż po szale zakupowym zniczy i akcesoriów nagrobkowych, rozpoczyna się szał bożonarodzeniowy. Co i rusz zmuszeni jesteśmy potykać się o jakieś stroiki, bombki, choinki, „specjalne” promocje świąteczne. Aż do wyrzygania. Do tego dochodzą wszechobecni mikołaje (tak tak, jedynie z małej litery), niekoniecznie wyglądający jak amerykański pierwowzór, a już praktycznie w ogóle niepodobni do św. Mikołaja. Do tego dochodzi szaleństwo zakupów, nerwówki i pyskówki w długich kolejkach i sterty wymuszonych prezentów dla kogoś, kogo widzi się może raz w roku i w dodatku nie darzy zbytnią sympatią. Bo tak robią wszyscy, bo tak wypada. I gdyby nie hipermarketowe „mikołajki” i „aniołki” w kusych spódniczkach, kolejny pawian byłby gotowy.

O mdłości przyprawiają również bożonarodzeniowe ramówki radia i telewizji. No bo ileż razy i ileż lat można w kółko cierpieć przy „Last Chritmas” zespołu Wham? I to od początku grudnia? Dlaczego w długi listopadowy i słotny wieczór muszę patrzeć na reklamy świątecznych promocji telefonów komórkowych lub rodzinę ze wzruszeniem pochlipującą kawę przy stole wigilijnym? Nie mówiąc już o ścisłych ramówkach świątecznych, promowanych już miesiąc wcześniej, a nabitych wciąż tymi samymi i powtarzającymi się co rok „świątecznymi hitami”. Syf, kiła, mogiła, męczarnia… i ulga, że już w końcu „Święta, Święta i po Świętach”.

Dla odmiany wiosną przeżywamy Wielkanoc. Atmosfera zgoła inna i mimo opisywanych przez Pismo Święte okoliczności tragicznych okoliczności poprzedzających Zmartwychwstanie – wiele przyjemniejsza. Być może z powodu strachu przed jadowitym polskim katolicyzmem niedzielnym, zarówno w okresie Wielkiego Postu jak i Wielkiego Tygodnia, komercyjny syf nie zdołał jeszcze uczynić z nadchodzących świąt kolejnego festiwalu zakupów i robienia konsumentom papki z mózgów. W porównaniu z krajami Zachodu, handlowa propaganda nie każe nam robić jajczanych zakupów już w styczniu, a z każdego rogu sklepu i ulicy nie straszą nas pełzające zające i turlające się pisanki. Skromnie, delikatnie i nie nachalnie – i o to chodzi. W momencie kiedy wylewam żółć na świąteczną komerchę jest Wielki Czwartek, a ja jeszcze nie słyszałem o „świątecznych hitach” poszczególnych kanałów telewizyjnych. Pewnie i tak będzie to samo co rok i dwa lata temu, jednak nikt mi nachalnie nie proponuje obejrzenia po raz n-ty  „Kevina samego gdzieś tam” i trylogii spod znaku „Sami swoi”. W zupełności do szczęścia wystarczają mi relacje z Niedzieli Palmowej, rytuału obmywania nóg, kalwaryjskiej i watykańskiej Drogi Krzyżowej oraz papieskiego błogosławieństwa „Urbi et Orbi”. Jedynie na polewanie wodą trochę za zimno w tym roku i na zieleniącą się trawę nie ma co liczyć -  no ale na pogodę nikt nie ma wpływu.

Póki co i na szczęście Wielkanoc pozostaje świętem nie przeżartym komercją i ograbionym ze wszelkich przymiotów duchowości, wyjątkowości i swego rodzaju magii. Dla osób wierzących będzie to radosny czas Zmartwychwstania Pańskiego, dla niewierzących po prostu okresem spokoju i odpoczynku od trosk i bieganiny dnia codziennego. I takich świąt – sobie i Wszystkim życzę. Naprawdę i szczerze.


21.03.08, 00:46