MediaFM.net :: prowokator

18 dni później


Piotr Zagniński

Czekoladowe serduszka i róże zniknęły z wystaw sklepowych. Patron epileptyków przyczaił się w oczekiwaniu na kolejny rok. Misie leżą gdzieniegdzie na szafach, a większe zagracają rogi kanap i narożników. Zakochani ponownie postanowią okazać sobie przywiązanie czternastego lutego. Czy koniecznie trzeba na to tak długo czekać? Musi nas motywować amerykańskie święto handlowe?

Teraz już tak. W dobie turystyki sklepowej i wspólnych niedziel w centrach handlowych bez okazji nic nie da się już zrobić spontanicznie. Część ludzi najwyraźniej potrzebuje odgórnego nakazu okazania swoich uczuć, wydawałoby się w bardzo intymnej sprawie. Choć jeśli spojrzeć na to obiektywnie, od Big Brothera i “frytkowej” kąpieli, intymność nabrała nowego wymiaru. Stała się dobrem publicznym, komercyjnym.

Koniec ery komunizmu przyniósł Polsce same korzyści. Mamy wolne media – każdy pluje gdzie chce - często z błogosławieństwem, a niejeden rodzic przeklina czasopisma dla nastolatek wyśmiewające czternastoletnie dziewice i promujące “trendy mody”. Otwarty rynek pracy – o tym może się wypowiedzieć każdy, kto pobiera minimum krajowe lub zasiłek. Demokratyczny rząd – coś dla miłośników 101-dniowych cudów, bo to religijny kraj. Brak gospodarki planowanej – to pole dla dyskusji dla szukających mieszkań, normalnych dróg czy rozsądnych opłat za media. Mamy znormalizowane i stabilne życie – banany mają określoną krzywiznę. To dzięki Unii Europejskiej, której jesteśmy członkiem. Podobno większym.

Łączy nas także dozgonna przyjaźń z amerykańskim sojusznikiem, z którym wspólnie okupujemy Irak oraz “stabilizujemy” kilka innych państw. W ramach utrzymywania braterskich stosunków zakupiliśmy nawet produkowane od lat 70-tych myśliwce, na których nie potrafimy latać, a wcześniej otrzymaliśmy, bodajże dwie fregaty wycofane ze służby w marynarce amerykańskiej. W zamian obiecano nam zniesienie wiz i WNM, jaką to zwykli wyznawać nastolatkowie swoim dziewczynom, na czym zazwyczaj się kończyło.

Za darmo dostaliśmy jeszcze jeszcze Walentego. Wkradł się niczym agent do naszej kultury i sieje propagandę dobrobytu i komercyjnej miłości na pokaz. Strach pomyśleć, jak dawaliśmy sobie radę bez Walentynek...

Zaraz, zapytajmy naszych rodziców, dziadków. Aż się nie chce uwierzyć. Oni bez tego “święta” świetnie się obywali. Tylko kto dziś mógłby bez niego żyć? Bez czerwonych serduszek, szumu w mediach, wierszyków w gazetach – “Od Misi dla Misia”? Chyba nikt, kto nie potrafi obyć się bez wyprzedaży, promocji, telefonu komórkowego, serialu “Na wspólnej” i reklamy “ulubionej” kawy w porannym programie radiowym. Ktoś to jeszcze potrafi? W sytuacji, kiedy nasycenie rynku telefonii komórkowej to ponad 100 %, a “wielka wyprz” wchodzi do potocznego słownika?

Może zamiast ogłaszać żałobę po “Katyniu” Wajdy, który, rzecz zaskakująca, nie dostał Oskara, lepiej poszukać w natłoku “Maxi pożyczek i mini rat” czegoś, co nie wymaga całego tego szumu. Uczuć. Nie, nie. Nie chodzi o chęć posiadania większego telewizora plazmowego niż sąsiad. Mam na myśli uczucia, które łączą nas z drugą osobą. Tą unikalną więź, pomagającą przetrzymać pęd dzisiejszego życia. Oparcia, które mamy w drugiej osobie, pozwalającego choć na chwilę za pomnieć o codziennym wyścigu szczurów. Coś, o co warto zabiegać. Nie w Walentynki, lecz codziennie. Bez specjalnej okazji. Spontanicznie i szczerze. Może się okazać, że takie działanie zaprocentuje odsetkami, o których nie śniło się polskim bankom.


03.03.08, 23:49