26.10.15, 15:16

Łukasz Krakowiak: Copyfighter miał być moim osobistym katharsis

Łukasz Krakowiak
Fot.: archiwum rozmówcy

O branży reklamowej, wypaleniu, fikcji i wątkach autobiograficznych. Rozmowa z Łukaszem Krakowiakiem, autorem książki „Copyfighter“. 

Kuba Wajdzik: Skąd pomysł na napisanie książki? Wszak branża reklamowa woli skupiać się na komunikatach, hasłach i krótkich formach…
Łukasz Krakowiak: „Copyfighter“ miał być moim osobistym katharsis. I był! Dopiero pracując nad książką o reklamie, zrozumiałem, z czym tak naprawdę igrałem przez grubo ponad dekadę i jak źle, przy odrobinie pecha, to igranie mogło się skończyć. „Copyfighter” miał ocalić od zapomnienia bezlik niewiarygodnych absurdów, których doświadczyłem ze strony rozmaitych zleceniodawców jako copywriter i dyrektor kreatywny. Moja powieść to także swoiste memento, że robota w dziale kreacji nie jest dla wszystkich, a tylko dla niektórych. Na przykład dla tych potrafiących latami ukrywać swoje artystyczne i intelektualne ambicje pod grubym pancerzem cynizmu. Dla tych całkowicie impregnowanych na ludzką głupotę i nie mających problemu z natychmiastowym wykonywaniem, często totalnie bezsensownych, poleceń klientów. Ja do takich ludzi niestety nie należę – dlatego odszedłem. A i tak wytrzymałem, jak na siebie, bardzo długo. 
„Copyfighter“ jest napisany syntetycznym, skondensowanym językiem. Starałem się, żeby nie było żadnego przynudzania i rozbudowanych, barokowych opisów. Miało być samo reklamowe mięso. Dlatego czyta się to podobno szybko i bez znurzenia – taki feedback otrzymuję od czytelników. Umiejętność syntezy oraz oddzielania w pisaniu rzeczy zbędnych od niezbędnych zawdzięczam właśnie pracy w reklamie, na stanowisku copywritera. 

KW: Od copywritera po pisarza - to mimo wszystko nie tak odległe światy. Czy doświadczenie w „zabawie słowem” pomaga w pisaniu?
ŁK: Doświadczenie w reklamowej zabawie słowem rzeczywiście pomogło mi w napisaniu powieści. Chociaż sama robota pisarska zupełnie nie przypominała zabawy. Przeciwnie, to były chyba najintensywniejsze miesiące w moim życiu. Ale, przyznaję bez bicia, również najbardziej nagradzające, dające największego kopa, autentyczną przyjemność.

KW: Powieść dotyczy branży reklamowej, a więc Pana dotychczasowego środowiska. Ile w niej fikcji, a ile elementów autobiograficznych?
ŁK: Starałem się, żeby bohaterowie mojej książki byli postaciami jak najbardziej fikcyjnymi. Nie sposób jednak całkowicie wyabstrachować od własnych doświadczeń i przeżyć, dlatego ta czy inna osoba spotkana na mojej reklamowej drodze odnajdzie tu i ówdzie część siebie. Jak dotąd na kartach „Copyfightera“ oficjalnie rozpoznał się jedynie daleki pierwowzór książkowego Krzyśka Kota. Inne dalekie pierwowzory nie dawały póki co znaku życia (śmiech). Oczywiście w jednym przypadku mogłem pozwolić sobie na odrobinę więcej szczerości. Chodzi o postać Artura, głównego bohatera powieści, wzorowanego w dużej mierze na mojej skromnej osobie. Bo tylko siebie mogłem odsłonić bez narażania się na nieprzyjemności towarzyskie lub prawne.

KW: Do kogo skierowana jest książka? Mam wrażenie, że bez chociaż chwilowego wejścia w to środowisko, książka jak i specyfika pracy będzie niezrozumiała...
ŁK: „Copyfighter“ to książka absolutnie dla każdego. Dla reklamiarza będzie lustrem, a nawet krzywym zwierciadłem. Czytelnik-cywil, nieskażony dotąd branża, znajdzie w tekście olbrzymią porcję rzetelnej, bo zweryfikowanej w praktyce, wiedzy na temat agencyjnej kuchni. Dowie się też, dlaczego polskie reklamy są, jakie są. A jakie są, każdy widzi... Dostaję sporo maili od ludzi, którzy przeczytali już „Copyfightera”. Jak dotąd nie mam żadnych sygnałów, żeby coś było dla kogoś niejasne, niezrozumiałe. Czytelnicy piszą raczej, że podczas lektury nieźle się bawili. A to dla mnie, jako autora, olbrzymi komplement.
KW: Znalazłem informację, że podczas pracy nad książką, wcześniejsze wydawnictwo próbowało ingerować w treść. W świecie reklamy często klienci nawet nie znając się na specyficezawodu, ingerują w pracę. Przeżył Pan deja vu?
ŁK: Konfrontując gotowy tekst powieści z rynkiem wydawniczym, naiwnie wierzyłem, że twórczość literacka jest weryfikowana według zupełnie innych kryteriów niż ta reklamowa. Jednak szybko okazało się, że w obu przypadkach liczy się wyłącznie sprzedaż. A, jak wiadomo, najlepiej sprzedają się produkty celujące w masowe, uśrednione gusta. Gdybym przystał na „telenowelowe“ modyfikacje sugerowane przez wspomiane w pytaniu wydawnictwo, „Copyfighter“ byłby dziś zupełnie inną książką, zupełnie nie moją. Na szczęście nie uległem pokusie wydania tekstu w takiej okaleczonej formie. Nagrodą za bezkompromisowość okazała się współpraca z Wydawnictwem Nisza, dzięki któremu moja autorska koncepcja ujrzała wreszcie światło dzienne.

KW: Wiele się mówi, że pracownicy reklamy po kilku latach intensywnej pracy w agencji są wrakami człowieka. W Pana książce też można dostrzec, że większość ich życia to tylko praca… Ile w tym prawdy, a ile kreacji literackiej?
ŁK: Wypalenie zawodowe pracowników działów kreacji nie jest niestety mitem. Patrzę na ludzi, z którymi zaczynałem i widzę, że naprawdę niewielu nadal działa w branży reklamowej. Większość uciekła już w te metaforyczne Bieszczady. Ktoś otworzył szkołę jogi, ktoś knajpę, ktoś serwis rowerowy. Ktoś inny znalazł azyl w publiczej bibliotece. Ja sam schroniłem się w literaturze.
A czy życie reklamiarza to tylko praca? Cóż, mogę mówić jedynie za siebie. Jako copywriter, a potem dyrektor kreatywny, myślami byłem w robocie w zasadzie non stop, także po godzinach i w weekendy. Na najlepsze pomysły wpadałem zazwyczaj siedząc na sedesie, biorąc prysznic lub odkurzając mieszkanie. Czasami, wstyd się przynać, nawet w zaawansowanych sytuacjach damsko-męskich. Reklama była dla mnie trochę jak wirus, który na szczęście okazał się uleczalny (śmiech).

KW: Dość smutny pokazany jest obraz kariery w reklamie... Wielogodzinna praca, często okupiona zdrowiem psychicznym. Czy świat pracy w reklamie zmienia się na niekorzyść w przeciągu ostatniej dekady?
ŁK: Dzisiejszy świat reklamy znam już jedynie z opowiadań. I z tych opowiadań wynika, że specyfika pracy kreatywnych trochę się zmieniła, niestety na gorsze. Znajomi copywriterzy skarżą się często na związane ręce, na coraz bardziej rozbudowane działy strategii predefiniujące komunikat reklamowy już na poziomie doboru konkretnych wyrazów. Narzekają na dyktat anonimowych ankieterów, którzy - podczas badań fokusowych - ochoczo masakrują najlepsze, najodważniejsze i najbardziej wysmakowane koncepcje kreatywne. Za moich czasów intuicja copywritera miała chyba jednak nieco większe znaczenie.

KW: Jak książkę odebrali Pana koledzy z branży?
ŁK: Większość gratulowała mi odwagi. Niektórzy doceniali autentyczność tej opowieści, co było dla mnie cholernie nagradzające. Część znajomych dziwiła się, że „Copyfighter“ powstał tak późno, bo aż trzy lata po mojej ewakuacji z branży. Ale ja potrzebowałem tego czasu, żeby złapać zdrowy dystans do opisywanej materii. Dzięki temu popełniłem książkę satyryczną, zjadliwie ironiczną, a nie martyrologiczną czy samobójczo-depresyjną.

KW: Czy rozdział reklamowy jest absolutnie zamknięty?
ŁK: Nie planuję powrotu do reklamy, chociaż, z drugiej strony, nigdy nie wolno mówić nigdy. Zauważyłem, że pomimo wszystkich doznanych w branży „obrażeń“, nadal jestem nią w pewien niedrowy sposób zafascynowany. Kto wie, może to jakaś odmiana syndromu sztokholmskiego...
Co ciekawe, po premierze „Copyfightera“ dostałem już kilka propozycji powrotu na reklamowe salony. Z żadnej nie skorzystałem. Jak na razie...

KW: Jakie są Pana plany na najbliższe miesiącece?
ŁK: Nie będę ukrywał, że bardzo chciałbym kontynuować moją przygodę z pisarstwem. Naprawdę odpowiada mi rytm tej pracy, fakt, że mogę wykonywać ją na własnych warunkach. Miła odmiana po całodziennych bojach z klientami agencji reklamowych. Niedawno zacząłem już nawet dłubać przy kolejnej powieści, tym razem zupełnie niereklamowej. Na razie nie chciałbym zdradzać żadnych pikantnych szczegółów. Powiem po prostu, że mam w głowie zarys pewnej mięsistej historii, moim zdaniem całkiem interesującej. Teraz muszę trochę popisać i przekonać się, dokąd mnie to zaprowadzi. Mam nadzieję, że nie z powrotem do reklamy (śmiech).

KW: Dziękuję za rozmowę.

Najnowszą książkę łukasza Krakowiaka można zdobyć również w specjalnym konkursie w portalmedialny.pl. 

Komentarze

Powiązane

20.01.18, 20:00
| reklama & PR » informacje
H2O Creative wprowadza na rynek markę BJÖRN
Agencja strategiczno-kreatywna H2O Creative odpowiada za wprowadzenie nowej wódki BJÖRN, która należy do firmy BZK Alco. 
20.01.18, 15:00
| reklama & PR » informacje
Powiedz to na słodko! Kampania Opus B dla marki Delecta
Agencja Opus B przygotowała kampanię „Powiedz to na słodko!” dla marki Delecta. Serię filmów, w których dzieci mówią o emocjach, rozpoczyna spot z okazji Dnia Babci i Dziadka.
20.01.18, 12:00
| reklama & PR » informacje
E.Leclerc wprowadza nową identyfikację graficzną do gazetek
Z początkiem br., grupa sklepów E.Leclerc wprowadza nową identyfikację graficzną do swoich katalogów oraz do innych kanałów komunikacji wizualnej. Oprócz zmiany formy gazetek na bardziej nowoczesną, pojawią się w nich dodatkowe treści poradnikowe. 
19.01.18, 23:00
| reklama & PR » informacje
Mateusz Jasiński ambasadorem Respro
Mateusz Jasiński, trener biegania i jeden z najpopularniejszych w Polsce blogerów influencerów piszących o aktywnym trybie życia, został ambasadorem Respro, producenta brytyjskich masek antysmogowych.
19.01.18, 20:00
| reklama & PR » ludzie
Tomasz Dębowski dyrektorem marketingu McDonald’s Polska
Do zespołu McDonald’s Polska dołączył Tomasz Dębowski, obejmując stanowisko Dyrektora Marketingu. 
19.01.18, 16:00
| reklama & PR » informacje
Funduszu Alfabeat klientem agencji Profeina
Profeina od stycznia br. opowiada za obsługę komunikacyjną i relacje z mediami funduszu Alfabeat. 
19.01.18, 12:00
| reklama & PR » informacje
I dzień smakuje lepiej. Herbapol promuje herbaty owocowe Herbaciany Ogród
Marka Herbapol wystartowała z kampanią wizerunkową herbatek owocowych z linii Herbaciany Ogród, podkreślającą ich mocno owocowy i przyjemnościowy charakter.
19.01.18, 11:00
| reklama & PR » informacje
TBM przedłuża współpracę z Schulz brand friendly czwarty rok razem
Firma TBM (właściciel takich marek jak: Tygryski, Non Stopy, Łapsy i Crunlighty), podjęła decyzję o przedłużeniu współpracy z Schulz brand friendly. Agencja obsługuje wymienione marki w zakresie strategiczno-kreatywnym. 
18.01.18, 20:00
| reklama & PR » informacje
Deloitte Digital realizuje projekt dla marki Lay’s
Polski oddział Deloitte Digital wygrał przetarg na obsługę projektu dla marki Lay’s. Agencja pracowała nad przygotowaniem materiałów do kampanii digital, bazujących na stworzonym wcześniej, regionalnym koncepcie kreatywnym „Which Lay’s Is Yours?”
18.01.18, 19:00
| reklama & PR » informacje
Audi klientem Isobar Poland Group
Agencja Isobar Polska wygrała przetarg na kompleksową obsługę komunikacji marki Audi.
Subskrybuj RSS działu reklama & PR: rss
Oferty pracy

SOCIAL MEDIA ACCOUNT EXECUTIVE

BEST PR | Warszawa

Przejdź do oferty
Konkursy
do 28.02.18

Do zdobycia 100 i 4 nagrody.

do 19.02.18

Do zdobycia jeden egzemplarz książki.

do 18.02.18

Do zdobycia jeden egzemplarz książki.

Polecamy
Konferencje

Zapraszamy do współpracy. Cena dodania do katologu od 99 PLN netto.

Http://www.Autodoc.PL